Projekt "Planu Rozwoju i Konsolidacji Finansów Publicznych 2010-2011"
został przedstawiony jako oficjalne
stanowisko rządu i forma strategii politycznej na najbliższe dwa lata. Należy go zatem traktować jako
poważną próbę intelektualnego zmierzenie się z istotnymi problemami stojący
przed Polską. Niestety, jest to próba nieudana i jej ocena nie może być pozytywna.
Zapraszamy do lektury komentarza
Jana Filipa Staniłki.
KONSOLIDACJA FINANSÓW, CZY ELEKTORATU?
Jan Filip Staniłko
Po kilku tygodniach od ogłoszenia przez premiera Donalda Tuska „Planu Rozwoju i
Konsolidacji Finansów 2010-2011” polskie życie polityczne wróciło na stare
tory. Znowu emocjonujemy się jak wypadł ten, czy tamten polityk przed tą, czy
tamtą komisją. Oczywiście dochodzenie kto kłamie, a kto korumpuje jest istotne,
ale co najwyżej w skali mikro. Przede wszystkim jednak jest łatwiejsze do
zrozumienia, także dla samych polityków. Ten mechanizm świetnie opanowali
wizerunkowi doradcy premiera Tuska. Tymczasem głębokie problemy makro, które
wymagają widzenia spraw jednocześnie w szerokiej skali i w nudnych detalach
łatwo umykają naszej uwadze. Wiele wskazuje na to, że z kolei sam premier Tusk zaczął
wreszcie widzieć sprawy wyraźniej w tym wymiarze, czego poszlaką może być jego
rezygnacja z ubiegania się o prezydenturę. Wiele też wskazuje na to, że
opozycja wciąż nie jest do nowego rodzaju walki dobrze przygotowana.
Problem
polskich finansów publicznych, czyli naszych wspólnych pieniędzy nie został bynajmniej
rozwiązany wraz z publikacją „Planu rozwoju i konsolidacji”. Co więcej, w
pewnym sensie jeszcze bardziej się pogłębił – zobaczyliśmy, że premier nie chce
lub nie umie postawić sprawy wprost i że nikt nie potrafi go do tego zmusić.
Tymczasem sprawa dotyczy tego, jak dysponujemy ok. 40% polskiego PKB (640 mld
zł w 2010 r.). Rosnąca waga tego
problemu sprawia, że jego zrozumienie pozwoli być może zobaczyć w innym świetle
zachowania najważniejszych polskich polityków. Polska polityka w swojej
miękkiej jałowości dociera bowiem do pewnych twardych granic, poza którymi
decyzje muszą być podejmowane w pełni odpowiedzialnie. Z kolei ich niepodjęcie
grozi nam osunięciem w kłopoty, które dziś mają kraje takie jak Węgry, Grecja,
Portugalia, Hiszpania, Włochy, a za chwilę dzielić mogą Wielka Brytania,
Francja, czy Belgia.
Po
dwóch latach budowania popularności na szyderstwach z opozycji i okrągłych
frazesach, Donald Tusk przedstawił kolejny plan – de facto plan ataku 5.
miejsca Hiszpanii w szeregu największych gospodarek europejskich. Tymczasem
pytanie brzmiało: jak uratować polskie finanse publiczne? Premier powinien być zatem
twardo aż do skutku dopytany - zarówno przed media i ekspertów czyli tzw.
opinię publiczną, jak i przez opozycję - jak realnie zamierza doprowadzić do
zamknięcia tego, co nazywa się luką fiskalną. Ale w Polsce w tym pytaniu chodzi
o zdecydowanie więcej, niż tylko kwestię, jakie cięcia wydatków i podwyżki
podatków muszą zostać dokonane, by doprowadzić do równowagi długoterminową
sytuację budżetu. Tak naprawdę jest to pytanie o całe 20 lat polskiej
transformacji i cel, do jakiego ona zmierza. Jest to po prostu pytanie o model
polskiego kapitalizmu.
Po
pierwsze bowiem podstawowym źródłem niepodatkowych dochodów, z których ochoczo
chce korzystać w najbliższych latach rząd jest prywatyzacja. Pomińmy kwestię
sensowności prywatyzowania w czasie kryzysu. W Polsce od 20 lat obowiązuje
dogmat „dokończenia prywatyzacji”, chociaż nikt nie chce wyjaśnić, co dokładnie
w warunkach Polski, państwa postkomunistycznego, oznacza owo dokończenie
prywatyzacji. Wiemy już, że na pewno nie oznacza reprywatyzacji. Raczej oznacza
sprzedaż – obok wielu drobnych przedsiębiorstw, które państwowymi być nie powinny
- monopoli naturalnych, wytwórców energii oraz spółek chemicznych i
telekomunikacyjnych, a w dalszej kolejności poczty i kolei. Jak uroczo ujmuje
to „Plan rozwoju i konsolidacji”: „prowadzić będzie to do zmiany własności
państwowej, na bardziej efektywną, prywatną”. Nie dodaje jednak, że będzie to
własność zagraniczna i że niekoniecznie prywatna. Czy zatem koniec prywatyzacji
polega na sprzedaży polskich spółek państwowych kontrolowanym przez inne
państwa przedsiębiorstwom zagranicznym? W jaki sposób jest to długoterminowo dobre
dla polskiej gospodarki? Czy tak dobre, jak państwowa francuska
„Telekomunikacja Polska” (sic!)?
Po
drugie, liczba miejsc pracy w Polsce zmniejszyła się z 17,5 mln w roku 1989 do
13,7 w 2008. Wszystko w sytuacji wchodzącego w międzyczasie na rynek pracy wyżu
demograficznego. Jest to w dużej mierze efekt niezdolności polskich polityków
do poradzenia sobie ze skutkami filozofii gospodarczej Leszka Balcerowicza. Nie
radzi sobie z nimi zresztą sam Balcerowicz. Przez ostatnie 20 lat, by utrzymać
w ryzach statystyki bezrobocia, systematycznie zwiększaliśmy liczbę emerytów –
najwięcej w latach 1991-1993 oraz 2004-2008. Z kolei nasz tzw. boom edukacyjny
jest efektem świadomego opóźnienia wejścia na rynek pracy milionów młodych
ludzi, dla których pracy nie było. Gdy młodzi zaczęli (marną) edukację kończyć
wypchnęliśmy ich – któryż to już raz w historii? - na emigrację, ciesząc się ze
swobody przepływu ludzi w UE i spływających transferów. Teraz, kiedy największy
kryzys dotknął Wielką Brytanię, Irlandię i Hiszpanię trzeba będzie ponownie tworzyć
miejsca pracy w Polsce. Tymczasem wskaźnik bezrobocia w prognozach wskazuje ok.
10% i ani myśli drgnąć.
„Plan
rozwoju i konsolidacji” odpowiada na ten problem nie wprost. W drugiej części
prezentuje się nam wizję polskiej cyfrowej administracji, gospodarki opartej na
wiedzy i innowacjach, tworzącej wysoką wartość dodaną i budującą przewagę
konkurencyjną na jakości. To bardzo słuszne i potrzebne w świetle perspektyw demograficznych.
Ale „użytkownikami” tej gospodarki mają być dopiero nowocześnie wyedukowane w
zreformowanym szkolnictwie pokolenia niżu! Wracające ze zdobytymi na emigracji
raczej dość „tradycyjnymi kompetencjami” pokolenie boomu edukacyjnego lat 90.
szczególnie wysokim poziomem innowacyjnej przedsiębiorczości się nie cechuje.
Dobrze jeśli stworzy sobie ono miejsca pracy samo, dobrze również jeśli
przyciągnie globalne centra outsourcingu usług. Ale co z polskim – innowacyjnym
czy nie - przemysłem?
Po
trzecie bowiem, polska gospodarka – o czym chyba mało kto wie – jest trzecim
największym dostarczycielem nadwyżki handlowej dla gospodarek strefy euro po
Wielkiej Brytanii i USA. Od stycznia do listopada 2009 r. polska zielona
wyspa wzrostu dała pogrążonej w kryzysie Europie o 14,5 mld euro więcej, niż od
niej uzyskała. Rok wcześniej było to 25 mld euro, czyli więcej, niż wynosi dziś
deficyt finansów publicznych. O ile tamte dwa kraje – których
deindustrializację naśladowaliśmy - ujemne bilansy handlowe w jakiejś mierze i
do czasu rekompensowały wielkimi przepływami finansowymi, o tyle Polska od 20
lat notuje ujemne salda rachunku obrotów bieżących, które maleją tylko w
trakcie kryzysów, by wybuchać ponownie w czasach wzrostu. Czy na tym polega
zdrowy wzrost?
Nie
zmieniły tego do tej pory nawet transfery funduszy unijnych – których
wykorzystanie w stosunku do sum dostępnych dla nas do 2015 r. jest jak dotąd
śmieszne niskie. „Plan rozwoju i konsolidacji” przedstawia na stronie 52. bardzo
interesującą tabelkę, z której wynika, że po zakończeniu obecnej perspektywy
budżetowej wpływ funduszy na polską gospodarkę będzie… ujemny. Oznacza to, że
jeśli do 2015 r. nie wykorzystamy puli ok. 280 mld zł, pokryzysowa reforma
unijnej redystrybucji - nastawiona na tzw. zielony wzrost, o którym mówią dziś
w Brukseli wszyscy płatnicy netto - może po prostu przynieść nam tylko
dodatkowe koszty. Na to nałoży się gigantyczny podatek ekologiczny nałożony na
polską energetykę przez unijny pakiet klimatyczny czy olbrzymie sumy, które
będą musiały wydać polskie szpitale, by sprostać nowym unijnym normom sanitarnym.
Nie mówiąc już o infrastrukturze kolejowej, której rozpad (30%!) może
zablokować budowę infrastruktury drogowej. Innymi słowy, musimy w ciągu
najbliższych 5 lat bardzo intensywnie inwestować, by po tym okresie w ogóle móc
korzystać na byciu członkiem Unii Europejskiej. A to oznacza zadłużanie się.
Tymczasem
nas już dziś na zadłużanie się po prostu nie stać. Rządowa „Strategia
zarządzania długiem sektora finansów publicznych na lata 2010-2012” przewiduje,
że dług publiczny utrzymywać się będzie w tych latach jakieś ćwierć procenta poniżej
progu 55% PKB, poza którym budżet w następnym roku musi być zbilansowany oraz
nie może udzielać i gwarantować pożyczek i kredytów, zamrożone są wynagrodzenia
pracowników państwowej sfery budżetowej, a waloryzacja rent i emerytur nie może
być większa, niż inflacja. W praktyce oznacza to, że bez podwyżek podatków z
polskiej gospodarki znika skokowo ok. 70 mld złotych, a program upragnionych
przez Polaków autostrad staje w miejscu, bowiem jego finansowanie wymaga
rządowych gwarancji. Z kolei chcąc utrzymać wszystkie inwestycje musielibyśmy
zwiększyć dochody z podatków o 27%. No chyba, że ktoś wierzy, że dziura zniknie
sama, bo przez najbliższą dekadę Polska będzie notować wzrost gospodarczy rzędu
8%...
Cały
ten problem jest przez „Plan rozwoju i konsolidacji” premiera Tuska kwitowany z
rozbrajającą szczerością i miażdżącą siłą tautologii: „Warunkiem koniecznym do
osiągnięcia stabilności finansów publicznych [na poziomie średniookresowego
celu budżetowego] jest wcześniejsze zmniejszenie nierównowagi finansów
publicznych, co będzie wymagało podjęcia odpowiednich działań, wykraczających
poza przedstawione w niniejszym Planie” (s. 7). Owszem, jest to plan
przedstawiający bardzo atrakcyjną wizję nowoczesnej aparatury zarządzania
finansami publicznymi, której samo wprowadzenie byłoby już wielką reformą. Nie
odpowiada jednak na pytanie jak obciąć wydatki sztywne, na których straży nie
stoi bynajmniej opozycja, czy prezydent, ale Trybunał Konstytucyjny i doktryna
praw nabytych. Innymi słowy jest to plan konsolidacji elektoratu, a nie
finansów publicznych.
Minister Rostowski a za
nim premier Tusk zakładają najwyraźniej, że wszystko pójdzie zgodnie z bardzo ryzykownym
scenariuszem – doczekamy się wysokiego wzrostu gospodarczego po 2012 r., żyjąc
za pieniądze z masowej prywatyzacji i "ślizgając" się na niewysokiej inflacji. Ekonomiści OECD, którzy takiego
scenariusza nie założyli, uznali, że w 2011 r. będziemy już na poziomie długu
wielkości 66% PKB. Najprawdopodobniej oba scenariusze są błędne. Tak czy owak,
istnieje bardzo poważne ryzyko, że w 2011 lub najdalej 2012 r. przejdziemy
magiczny próg 55% PKB zadłużenia. Prawdopodobieństwo tym większe, że będą to
lata wyborów prezydenckich, samorządowych i parlamentarnych, które premier
Donald Tusk chce wszystkie wygrać! Gdybym był złośliwy, życzyłbym mu w nich
zwycięstwa.
...